wtorek, 22 maja 2018

Od Fomy - c.d. Vladimira

Przez krótką chwilę miałem wielką ochotę kiwnąć głową w odpowiedzi, ale kiedy tylko spojrzałem w tylne lusterko i ujrzałem stojący za mną podwójny samochód ciężarowy, porzuciłem ten pomysł, stwierdzając, że i tak najprawdopodobniej jakakolwiek próba odbicia w pierwszym lepszym miejscu gdzieś w bok i zawrócenia do domu byłaby praktycznie niemożliwa. Zamiast tego zacząłem, więc po raz kolejny tego dnia grzebać w schowku, tym razem w poszukiwaniu tabletu. Kiedy tylko urządzenie się uruchomiło, na jego ekranie wyświetliło się kilkanaście nieodebranych wiadomości od martwiącej się o mnie rodziny. Postanowiłem, że, wykorzystując czas, który w przeciwnym wypadku musiałbym spędzić bezczynnie w wielokilometrowym korku, odpowiem przynajmniej na te pierwsze, aby choć trochę ich uspokoić. I chyba rzeczywiście mi się tu udało, bo niedługo potem przyszła do mnie informacja od mego ojca, że cieszy się, że tym razem, w drodze wyjątku, nic mi się nie stało i, że może dzięki temu wreszcie spokojnie skierować się do dworu zamiast próbować odnaleźć mnie po raz setny w jakiejś zapyziałej melinie lub szpitalu. Będąc już lekko podniesiony na duchu i słysząc dodatkowo głośny dźwięk klaksonu, odłożyłem przedmiot na tylne siedzenie i ruszyłem powoli naprzód, uważając, aby nie wjechać przypadkiem w tył stojącego przede mną pojazdu. W tym ślimaczym tempie udało mi się dojechać do pierwszego skrzyżowania, na którego środku stał policjant kierujący ruchem, podczas, gdy jego koledzy po fachu zajmowali się wywróconą cysterną oraz niemal całkowicie zdemolowaną osobówką. Gdy wreszcie i my znaleźliśmy się koło niego, kazał mi się zatrzymać i opuścić szybę, a kiedy wykonałem jego polecenie, zaindagował:
- Dokąd Panowie zmierzają?
Aby nie ryzykować niezrozumienia z jego strony, odpiąłem GPS i podałem mu, stukając palcem wskazującym w napis oznajmiający cel podróży, na co on rzucił mi jedno szybkie, wyraźnie zaskoczone spojrzenie, a następnie oświadczył:
- W takim razie będziecie musieli skręcić teraz w lewo i skierować się na obwodnicę. Dalej powinniście sobie natomiast poradzić sami.
To mówiąc zwrócił mi nawigację, a ja posłałem mu dziękczynny uśmiech i zwróciłem się w poleconą przez niego stronę, licząc na to, że tym razem będę miał trochę więcej szczęścia.
- Jesteś pewny, że mimo wszystko chcesz się wciąż w to pakować? - spytał po jakimś czasie mój pasażer, na co ja nieznacznie skinąłem głową i znów skupiłem się całkowicie na prowadzeniu.

<Vladimir ?>



Od Laveny Kapitoliny - c.d. Nikolaja

Upewniwszy się, że mój ukochany synek pozostaje pod dobrą, specjalistyczną opieką, zdecydowałam się wymknąć po cichu z sali, na której obecnie przebywał i udać na chwilę do domu po roboczy laptop i w celu zabrania stamtąd klatki z Cheveyo, którą zamierzałam chwilowo przetransportować do rodziców.
Miałam szczęście, bo malec był akurat pochłonięty rozmową z ratownikiem, więc nawet tego nie zauważył. Mimo to przekręcając kluczyki w stacyjce, czułam lekką dozę niepewności, którą postanowiłam zagłuszyć jedną z pierwszych płyt Bon Jovi, którą przechowywałam w schowku specjalnie na tego typu okazje.

***

Jakiś czas potem, gdy zapukałam w drzwi swego rodzinnego domu, stanęła w nich wysoka damska sylwetka o prostych blond włosach należąca do mej matki.
- Witaj, Laveno. - rzuciła na początek, odsuwając się nieco by zrobić mi miejsce. - Mogę wiedzieć, co Cię tutaj sprowadza, skoro nie umawialiśmy się dzisiaj, że mój jedyny wnuk będzie spędzał u nas dzień? Zresztą nigdzie go nie widzę.
- Bo i nie przybyłam tutaj w tej sprawie. Chciałabym raczej prosić Was, abyście przez jakiś czas zajęli się Cheveyo. - odparłam, zdejmując buty i podając jej szynszyla.
- Domyślam się, że w takim razie z jego właścicielem coś jest nie w porządku. - oświadczyła, posyłając mi pełne trwogi spojrzenie.
- Niestety masz rację, ale, jeśli pozwolisz, wolałabym Ci wszystko wyjaśnić w towarzystwie ojca, żeby nie musieć robić tego dwa razy.
- Oczywiście, nie ma problemu. - zapewniła i, otworzywszy tymczasowe więzienie zwierzaka, zaczęła kierować się w stronę kuchni, a ja, nie mając innego wyjścia, podążyłam za nią.
Kiedy tam dotarłam, okazało się, że przypadkiem przebywa tam również jej małżonek, oczekujący najprawdopodobniej na zagrzanie wody w czajniku. Widząc mnie jednak, zamiast dalej się mu przyglądać, usiadł na jednym z krzeseł i zwrócił się do mnie:
- Mam nadzieję, że nie przyjechałaś tu z powodu żadnych problemów.
- Przykro mi, ale tak właśnie było. Frej bowiem przebywa obecnie w szpitalu, gdyż w trakcie zabawy z psem Corneliusa rozciął sobie przypadkiem łuk brwiowy, a niedługo później także kolano. Lekarze podejrzewają także, że może mieć wstrząśnienie mózgu. - wyjawiłam niechętnie, spuszczając nieco wzrok.
- Jak długo będzie musiał tam pozostać? - wtrąciła się Zara.
- Na pewno przez najbliższą dobę, dlatego właśnie przywiozłam tu tego gryzonia. - odparłam, patrząc na białą kulkę siedzącą na blacie i próbującą się dobrać do opakowania pozostawionych tam zbożowych płatków śniadaniowych.
- W takim razie nie może to być nic bardzo poważnego. - podsumował mężczyzna. - Sądzę jednak, że będzie lepiej, jeśli pojadę tam teraz z Tobą i spróbuję mu opowiedzieć kilka podnoszących na duchu historii, które tak uwielbia.
Po tych słowach, nie czekając nawet na moją odpowiedź, udał się do korytarza, gdzie zarzucił na siebie grubą, granatową kurtkę, po czym wyszedł na zewnątrz, skąd niedługo później dało się słyszeć jego ponaglający głos:
- Idziesz już?!
- Jasne! - odkrzyknęłam i czym prędzej dołączyłam do niego.

<Nikolaj ?>

Od Muzy - c.d. Nikolaja

Zdając sobie powoli sprawę z faktu, iż swoimi słowami zaczynam wywierać na ratowniku zbyt dużą presję, czym doprowadzam go do czegoś w rodzaju lekkiego gniewu, postanowiłam chwilowo zamilknąć, ale w duchu wciąż starałam się przeanalizować z pewnego dystansu całą sytuację i domyślić się, co mogło spowodować, że zwykle tak spokojna i opanowana klacz się spłoszyła i poniosła, mimo moich usilnych wysiłków, by ją uspokoić. W końcu doszłam do wniosku, że powodem tego nietypowego zachowania mógł być ten sam opatulony w grube, ciemne futro mężczyzna z czymś dziwnym w ręce, który wyrósł koło mnie chwilę później jak spod ziemi. Gdyby moja teoria rzeczywiście była prawdziwa (czego nie dało się w żaden sposób potwierdzić ani odrzucić), to musiałabym przyznać, że nie byłoby się czemu dziwić, bo widząc go i ja sama się przeraziłam. Co prawda szybko okazało się to zupełnie niepotrzebne, bo to właśnie on najprawdopodobniej zadzwonił później do szpitala, w którym obecnie przebywałam, ale nie to było teraz najważniejsze. Priorytetem bowiem stało się dla mnie obecnie takie pokierowanie rozwojem wypadków, bym nie musiała zostawać na dłużej w tym miejscu i obmyślenie odpowiedzi na ewentualne pytania tutejszego personelu na temat powodu, dla którego o tak późnej godzinie wieczornej zamiast spokojnie siedzieć w domu, szwendałam się samotnie po centrum Moskwy. Za nic nie chciałam zdradzić nawet przed nimi swojej głęboko skrywanej tajemnicy dotyczącej faktu, iż z powodu grzechów dzieciństwa, jak sama zwykłam nazywać czas, w którym z powodu wielkiego rozgoryczenia wszystkimi krzywdami doznanymi od świata, próbowałam popełnić samobójstwo przez powieszenie w kantorku domu dziecka, wciąż jestem pod stałą opieką psychologiczną. Z tych rozmyślań wyrwał mnie głos opatrującej mnie pielęgniarki, nazwanej wcześniej przez swojego kolegę po fachu, o ile dobrze zapamiętałam, Nadią:
- Na jakiś czas powinno wystarczyć, ale będziesz musiała pozostać tu na obserwacji, gdyż, jak zapewne Ci wiadomo, uderzenie w tył głowy, szczególnie tak silne jak w Twoim wypadku, może ponieść ze sobą również znacznie poważniejsze konsekwencje niż sam ból i zwykła rana.
- Jak długo to potrwa? - spytałam, starając się nie okazywać nowej fali targających mną emocji, która powoli napełniała me wnętrze.
- Cóż... za nim wykonamy wszystkie najpotrzebniejsze badania z pewnością dwadzieścia cztery godziny. - oświadczyła, odkładając używane wcześniej przybory do wielkiej szafy stojącej pod przeciwległą ścianą.
- Nie dałoby się tego jakoś przyśpieszyć? - zaindagowałam, wciąż usiłując nie panikować.
- Niestety nie, ale jeśli martwi się Pani teraz o swojego wierzchowca, to muszę Panią zapewnić, ze na pewno niedługo zostanie złapany. - odrzekła profesjonalnym tonem, jakby wyzbytym ze wszelkich, łatwiejszy do zdefiniowania, uczuć.
- Nie chodzi mi w tej chwili o Poppeę. - odparłam, machając z lekceważeniem ręką. - Ona powinna mimo wszystko sama trafić z powrotem do domu. Są tam jednak dwa inne moje zwierzęta, w tym borzoj, który rzadko komu oprócz mnie daje się nawet dotknąć. Muszę do niego jak najszybciej wrócić. - dorzuciłam na jednym oddechu, zaglądając jej prosto w oczy.
- Przykro mi, ale jedyne co możemy zrobić w tej sprawie, to wysłać tam kogoś z miejskiego schroniska, kto się nim zaopiekuje podczas Pani nieobecności. Chyba, że ma Pani kogoż z rodziny, kto mógłby się tego podjąć.
Słysząc to, zamknęłam się w sobie na następnych parę minut, ale w końcu wyjawiłam niechętnie, patrząc w ziemię i miętoląc w palcach skraj swetra:
- Swoich bliskich nawet nie miałam okazji poznać, ale, jeśli już koniecznie ktoś musi to zrobić, to niech Pani spróbuje nawiązać kontakt z Nikitą Denisow. Może jego Fiodor będzie w stanie zaakceptować.

<Nikita ?>


niedziela, 20 maja 2018

Od Vladimira c.d. Fomy

Danie upustu narastającym emocjom stało się w tej chwili priorytetem. Dopiero po fakcie uświadomiłem sobie, że mam podniesiony głos, co całkowicie mija się z celem. Nikt dobrze nie reaguje na wrzaski, a na pewno nie osoba, od której chcesz wydobyć informacje. Przyglądałem się - już w milczeniu - poczynaniom Fomy, grzebiącemu z zapałem w kieszeniach. Chwilę później otwierał już samochód. Fura na pewno kosztowała więcej, niż wynosiła moja roczna pensja. Mogłem w tym momencie po prostu odejść, widząc, że dalej sobie poradzi. Ciekawość jednak znów swoim cienkim głosikiem zaczęła mnie popychać w stronę wyjaśnień. Szatyn właśnie skrobał je szybkimi ruchami dłoni, na znalezionej uprzednio kartce papieru. Po skończeniu swojego wywodu podał mi notatkę. Kiedy tylko przyswoiłem wszystkie zawarte w niej informacje, westchnąłem głośno. Z jednej strony nie było zbyt miłym go przetrzymywać, z innej jednak ja nigdy nie byłem zbyt uprzejmy, a tłuczenie się zapchanym o tej godzinie autobusem nie było mi w smak.
- Skoro sam zaproponowałeś powózkę... - urwałem, nie kończąc myśli, było to całkowicie zbędne.
Kierowca zajął swoje miejsce, ja wpakowałem się błyskawicznie na drugie, przednie siedzenie. Zanim jeszcze kluczyki znalazły się w stacyjce, ja zapiąłem pas. Takie zachowanie przywołało krótkie, pytające spojrzenie szatna. Pewnie przez głowę przeleciało mu, czy przypadkiem i mi nie brakuje piątek klepki. Na szczęście o nic nie zapytał.
Nie zdążyłem nawet poruszyć tematu kierunku naszej podróży, bo już w moje ręce trafił GPS. W momencie wpisywania adresu chwilowo się zaciąłem. Nie miałem pojęcia czy powinienem naprawdę pojechać do domu, czy poprowadzić nas pod mieszkanie Siergieja. Osobą, która lubi zdradzać fakty o sobie, to ja nie byłem. Na szczęście mój towarzysz raczej za dużo rozpowiedzieć innym nie mógł, dlatego zdecydowałem się wstukać własne dane. Poza tym istniała jedynie mała szansa, że w ogóle go to obchodzi.
Szybki powrót w cztery ściany kusił, równie mocno co ciepły napój, którym zamierzałem się uraczyć, gdy tylko przekroczę próg. Odstawiłem urządzenie na odpowiednie miejsce, informując jednocześnie, że wszystko gotowe. Było to całkowicie zbędne, ale ja zawsze zastępowałem większość negatywnych emocji jak niepewność, zażenowanie, strach czy nudę, gadulstwem. Riapołowski skinął głową, a chwilę później przemierzaliśmy ulice Moskwy. Trzeba tu zaznaczyć, że do pustych one nie należały o tej godzinie. Pozostało nam się jedynie cieszyć, że to nie czas szczytów. Wtedy wszystko było praktycznie nieprzejezdne. Błyskawicznie okazało się, że mężczyzna nie jest fanem disco polo, kiedy tylko włączył radio. Zaskakujące to, to nie było. Nie przeszkadzało mi to ani trochę, chociaż sam nie przywiązywałem wagi do słuchanej przeze mnie muzyki. Za to miałem mały problem, gdy po piętnastu minutach klasyku, mimowolnie zacząłem ziewać. Prawdopodobnie byłem ogromnym ignorantem. Nawet na pewno... Chociaż starałem się nieco opanować senność, niezbyt mi to wychodziło. By przestać w pewien sposób obrażać fanów tego stylu, zająłem się tym, co umiem najlepiej. Mianowicie był to słowotok, wydobywający się z moich ust. Milczenie zdecydowanie stało się jedną z moich ulubionych cech kierowcy. Właściwie to skupiając się na prowadzeniu, prawie wcale nie zwracał uwagi na moje słowa, a przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Oczywiście nie mogłem być całkowicie pewny, może tak naprawdę zapamiętywał dokładnie, ale z wygody postanowiłem zostać przy opcji pierwszej.
- ...i do dzisiaj nie mam pojęcia, jak właściwie on to chciał zrobić. Wiem tyle, że lody truskawkowe miały brać w tym duży udział - zakończyłem swoją opowieść.
Od celu dzieliło nas jakieś pięć kilometrów, gdy przed nami wyrósł sporej wielkości korek. Istniała duża szansa, że miał na to wpływ jakiś spory wypadek. Tak czy inaczej, oba pasy były prawie całkiem zamarznięte. Lekkie wyrzuty sumienia odezwały się w mojej głowie. W końcu, jeśli wybrałbym samodzielny powrót do domu, to byśmy tu teraz nie stali. Mimowolnie przez to zacząłem wiercić się niczym nadpobudliwy trzylatek.
- To ten... może ja wysiądę i pójdę dalej pieszo, a ty jakoś nawrócisz? - zaproponowałem niechętnie.
Absolutnie nie podobał mi się ten pomysł, ale z logicznego punktu widzenia wydawał się najbardziej sprawiedliwy. Chociaż odbicie z drogi głównej byłoby nieco kłopotliwe, to i tak zajęłoby mniej czasu, niż targnięcie się na dojazd pod sam mój dom. Mimo to niezręczna rozmowa, do której powoli przywykałem, zdawała się o wiele przyjemniejsza niźli długi spacer.

<Foma?>

Od Nikolaja C.D. Laveny

Przesunąłem wzrokiem od stóp aż do oczu kobiety. W jej postawie, jak również w tonie głosu można było zauważyć zmartwienie maskowane złością.
- W przypadku wstrząśnienia mózgu zaleca się dwudziestoczterogodzinną obserwację pacjenta i kilka badań neurologicznych, by wykluczyć ewentualne urazy mózgu. Frej jest teraz na badaniach, ale z tego co wiadomo, żadnych poważniejszych urazów nie odniósł, więc może pani być dobrej myśli. Jednak na obserwacji, chociaż przez dobę, musi pozostać - poinformowałem najbardziej fachowym tonem, jaki udało mi się teraz przywołać.
- Całą dobę? - zmartwiła się kobieta.
- Nie musi pani być tutaj przez cały czas - zapewniłem łagodnie. - Nie wiem, czy to dla pani pocieszające, ale ja tutaj będę i będę zaglądał do chłopca.
- Nie mogę zostawić go tutaj i sobie pójść - powiedziała oburzona. - Już jeden nieodpowiedzialny rodzic wystarczy Frejowi.
Westchnąłem, wiedząc, że kobieta tak łatwo nie odpuści. Rozumiałem rodziców i ich nadopiekuńczość, ale zdołałem się nauczyć, że nie da się wszystkiego przewidzieć i wszystkiemu zaradzić...
- Na końcu korytarza jest automat z kawą. Ma pani ochotę? - zagadnąłem, wiedząc, że kobita nie wygląda na taką, która zwykł pijać tanią kawę ze starych automatów, chciałem jednak zmienić temat. Kiedy rudowłosa skinęła głową, zdziwiłem się, ale ramię w ramię ruszyliśmy w stronę automatu.
- Frej jest bardzo dzielnym chłopcem - pochwaliłem, co spowodowało, że kąciki ust kobiety nieznacznie się uniosły.
- Mówi pan to wszystkim rodzicom? Jak gdyby fakt, że dziecko dzielnie znosi uraz lub chorobę miało dać jakieś pocieszenie? - zaśmiała się, trochę ze mnie kpiąc.
- Jest dużo takich zwyczajowych powiedzeń, które niczego nie zmieniają, a od których ludzie czują się lepiej, są pokrzepieni - zauważyłem. - Tym częściej się je stosuje, szczególnie w takim miejscu, jakim jest szpital... Ale pani nie musi się martwić, wstrząśnienie mózgu nie jest aż tak straszne, jakby się mogło wydawać.
- Mówi pan z doświadczenia? - uniosła pytająco brew.
Wrzuciłem kilka monet do automatu i miałem zamiar wskazać go kobiecie, by wybrała rodzaj kawy, jaki chce, jednak automat nie dawał żadnego wyboru; jedyne, co było dostępne, to zwykła czarna. Wcisnąłem więc odpowiedni przycisk.
- Owszem - zaśmiałem się. - Więc niech pani nie będzie taka surowa i ponura - poprosiłem.
- Ma pan dzieci? - zapytała, a gdy pokręciłem głową, dodała: - Więc nie zrozumie pan.
- Nie zrozumiem rodzicielskiej troski? Może nie do końca, ale na tych korytarzach widzę ją codziennie. Mam też dwie młodsze siostry i trzyletniego siostrzeńca. Wiem, jakie potrafią być dzieci. Mimo najszczerszych chęci nie zawsze da się je upilnować.
- Niech pan nie broni ojca Freja - westchnęła kobieta.
- Nie robię tego - zapewniłem. - Po prostu wiem, że nawet gdy wydaje nam się, że dzieci grzecznie i cicho bawią się w sąsiednim pokoju, one mogą w tym czasie skakać z parapetu - zaśmiałem się i udało mi się także u kobiety wywołać cichy śmiech.
Podałem rudowłosej kubek z kawą i wziąłem jeden dla siebie, po czym udaliśmy się do sali chłopca, który był już po badaniach. Lekarz przekazywał właśnie mamie Freja wyniki badań, które wykluczały jakiekolwiek inne dolegliwości, a ja usiadłem na krześle przy łóżku chłopca.
- Jak się ma nasz ulubiony pacjent? - zagadnąłem.
- Pani, która sprawdzała mi opatrunek na kolanie powiedziała, że zostanie mi duża blizna - powiedział chłopiec, dotykając także brwi. - Tutaj też?
- Na łuku brwiowym nie powinno być nic widać - zaśmiałem się. - A jeśli chodzi o kolano, to cóż... Każdy twardziel ma blizny - mrugnąłem do niego.

(Lavena?)

Od Nikolaja C.D. Muzy

Dzisiejsza zmiana rozpoczynała się jak zwykle cudownie - uniknęliśmy tym razem strzelanin, bójek, zabaw z ogniem i chociaż to wszystko było dla mnie codziennością, nie spodziewałbym się dziewczyny poturbowanej przez własnego konia w centrum miasta.
- Czasami się zastanawiam, ile mniej pracy byśmy mieli, gdyby ludzie przestali robić głupoty - westchnęła Nadia.
Przepchnąłem się do naszej poszkodowanej obok mężczyzny, który był świadkiem sytuacji uklęknąłem przy drobnej, ciemnowłosej dziewczynie. Kiedy zacząłem ją cucić, uniosła powieki i spojrzała na mnie mętnym oczami, unosząc dłoń do tyłu głowy.
- Nie dotykaj - upomniałem, powstrzymując jej rękę. - Masz rozbitą głowę. Ostrożnie. Możesz się poruszyć?
Dziewczyna pokiwała głową, próbując wstać, ale ją przytrzymałem, bojąc się, że może mieć zawroty głowy. Z relacji świadka wynikało, że koń się spłoszył i doprowadził do upadku i mocnego uderzenia jego właścicielki, która starała się go powstrzymać.
- Gdzie Poppea? - zapytała niewyraźnie, a ja domyśliłem się, że chodzi o konia.
- Pewnie ją łapią - odparłem, choć tak naprawdę nie miałem pojęcia.
Nadia pomogła mi zaprowadzić dziewczynę do karetki i podczas jazdy do szpitala, gdy przyjaciółka prowadziła, ja opatrywałem ranę dziewczyny.
- Jak masz na imię? - zagadnąłem, by zająć ją czymś innym, niż szczypanie w ranie.
- Muza. Muza Bykow - szepnęła dziewczyna. - Złapali ją? Poppea się spłoszyła...
- Mężczyzna, który był świadkiem zdarzenia wszystko nam opowiedział - zapewniłem. - Nie wiem, gdzie jest teraz twój koń, ale kiedy cię opatrzymy i będziemy na miejscu, będę mógł zadzwonić na policję, na pewno mają jakieś informacje - powiedziałem spokojnie.
- Pewnie jest teraz przerażona... - powiedziała cicho dziewczyna.
Westchnąłem, nie chcąc tego komentować. W końcu koń wprowadzony do miasta miał wiele okazji, by się przestraszyć lub spłoszyć.
- Myśl pan pewnie, że sama jestem sobie winna? Że nie powinnam brać ze sobą klaczy do miasta? - powiedziała z lekką nutą wyzwania w głosie.
- Jestem ratownikiem medycznym, nie sędzią - zaśmiałem się. - To ty powinnaś odpowiedzieć sobie na te pytania. Czujesz zawroty głowy? Nudności?
Muza pokręciła głową, po czym się skrzywiła, gdyż spowodowało to, że niechcący ucisnąłem jej ranę, którą opatrywałem.
- Nie ruszaj głową - poprosiłem.
Dziewczyna zamilkła, najwyraźniej ciągle martwiąc się o konia, a gdy skończyłem opatrywać jej ranę i wjeżdżaliśmy już na teren szpitala, posłała mi proszące spojrzenie.
- Miał pan kiedyś jakieś zwierzę? - zapytała, a ja nieznacznie skinąłem głową. - W takim razie, na pewno byłby pan w takiej sytuacji zmartwiony. Czy mogę liczyć, że dowie się pan, gdzie jest mój koń? - poprosiła.
- Pod warunkiem, że przestaniesz martwić się o konia, a zaczniesz o siebie - powiedziałem poważnie. - Nadia zaprowadzi cię na szycie, a ja idę zadzwonić. Dam znać, jeśli się czegoś dowiem.

(Muza?)

piątek, 18 maja 2018

Od Laveny Kapitoliny - c.d. Nikolaja

Kiedy tylko opuściliśmy gabinet, Cornelius usiadł jak gdyby nic na krześle całkowicie zatopiony we własnych myślach z widocznym stoicyzmem jakby w przeciągu tej góra pół godziny, która mogła minąć od czasu, gdy przywiózł własnego jedynaka do szpitala i został przeze mnie postawiony w stan oskarżenia, zdążył się całkowicie zdystansować do całej sytuacji. A może to nie była ułuda, tylko wyrobiona w czasie jego kilkuletniej pracy w policji umiejętność ? Jeśli tak, mogłam mu jej jedynie pozazdrościć, bo sama byłam w tej chwili jednym wielkim kłębkiem nerwów, próbującym wymyślić sposób, który pozwoliłby mi być przez cały czas jak najbliżej synka w celu zapewnienia mu psychicznego wsparcia (chociaż w głębi duszy czułam, że w tej chwili to ja bardziej go potrzebuję) i jednocześnie wyrobienie się ze zleceniem na tą nieszczęsną spódnicę, której projekt miałam złożyć do poniedziałku w pewnej firmie produkującej wysokiej klasy ubrania. Dodatkowo pozostawała jeszcze kwestia Cheveyo, którego nie mogłam przecież tak po prostu tutaj przywieźć, a który nie był przyzwyczajony do siedzenia sam po zmroku, jaki z pewnością mnie tu zastanie. Mężczyzna, widząc to, wstał i spróbował mnie objąć, ale ja tylko ostentacyjnie mu się wyrwałam, dając mu tym samym jasno do zrozumienia, że jako osoba odpowiedzialna za wszystkie obecne wydarzenia i  chaos w moim życiu nie ma już do tego najmniejszego prawa.
- Po co ja w ogóle zgodziłam się, żeby dzisiejszy dzień spędzał warunkowo akurat u Ciebie?! - wyrzucałam sobie, krążąc sfrustrowana po korytarzu tam i z powrotem.
- Przypominam Ci, że póki co nie odebranego mi do niego praw rodzicielskich, więc mogę go do siebie zabierać kiedy tylko zechcę. - oświadczył, wbijając we mnie nieruchome, twarde spojrzenie stalowoszarych oczu.
- Owszem, ale umawialiśmy się na samym początku, że będziesz się nim opiekował jedynie w weekendy. - zdecydowałam się odeprzeć jego atak.
- Dobrze wiesz, że w poprzednim tygodniu nie było to możliwe, toteż postanowiłem zrobić to wyjątkowo właśnie teraz. Zresztą to był czysty wypadek, jaki mógł się mu wydarzyć dosłownie wszędzie, nawet pod Twoimi opiekuńczymi skrzydłami. - odparł wciąż tym samym opanowanym do granic możliwości tonem jakby tłumaczył coś komuś przesłuchiwanemu od kogo chciałby uzyskać jakieś ważne dla prowadzonego akurat śledztwa informacje, a nie próbował się wytłumaczyć ze swojego braku odpowiedzialności.
- Śmiem wątpić, bo raczej mało prawdopodobne, bym pozwoliła mu się samotnie bawić z psem ważącym od niego ponad dwa razy więcej w pobliżu potencjalnie niebezpiecznych przedmiotów.
- Skąd niby... - zaczął, ale zamiast dokończyć, przeszedł do ofensywy. - Zresztą nie ważne, jesteśmy w szpitalu, więc lepiej będzie, jeśli zamiast walczyć ze sobą na głośne słowa, stłumimy chociaż trochę swoje emocje i damy pracującym tu ludziom wykonywać ich obowiązki w ciszy.
Nim zdążyłam jakkolwiek zareagować na jego słowa, jego, schowana w kieszeni kurtki, komórka rozdzwoniła się wniebogłosy. Szybko ją wyciągnął i oddalając się nieznacznie, zaczął rozmowę z kimś po drugiej stronie, a gdy wrócił, rzucił tylko:
- Otrzymałem pilne zgłoszenie, więc muszę jak najszybciej znaleźć się na komisariacie.
Potem, nie zważając na moje protesty, pobiegł w kierunku drzwi, a ja zostałam sama z całym problemem.

***

Po następnych dwóch godzinach podszedł do mnie ratownik, który zajmował się wcześniej ranami Freja i zaindagował:
- Gdzie jest pani mąż?
- Po pierwsze: ten osobnik nie jest już nim od pewnego czasu, a po drugie: to najprawdopodobniej jest już teraz daleko stąd, zajęty własnymi sprawami związanymi z pracą zawodową. - odrzekłam ostrzej niż zamierzałam.
- Szkoda, bo chciałem mu zadać jeszcze kilka ważnych pytań. Wie Pani może kiedy wróci lub mogłaby mi Pani podać do niego numer kontaktowy?
- Oczywiście. - powiedziałam, chwytając leżący koło mnie telefon i zabierając się za odszukiwanie w spisie tego jednego właściwego numeru. Gdy wreszcie go znalazłam, spisałam na kartkę i podałam sanitariuszowi, wysilając się na słaby uśmiech. - Wątpię, aby odebrał, gdyż najprawdopodobniej jest gdzieś poza zasięgiem lub zwyczajnie zbyt pochłonięty obowiązkami.
- Mimo wszystko spróbuję.
Już chciał odchodzić, ale zastąpiłam mu drogę, stawiając bardzo ważne dla mnie pytanie:
- Ile czasu mój syn będzie musiał tutaj spędzić?

<Nikolaj?>